Skazany na … Sąd

Czytelnik naszego portalu – Pan Tomasz przysłał mailem na adres naszego serwisu relację z zajścia, które miało miejsce 13 sierpnia br. na jeziorze Rajgrodzkim. Na prośbę Pana Tomasza publikujemy nadesłany opis zdarzenia:

„Jestem wędkarzem od wielu lat. Dnia 13 sierpnia b.r. ok. 6.30, jak co rano wypłynąłem łódką ze spinningiem na jezioro Rajgrodzkie. Początek połowu znakomity, ładny okoń i szczupak. Nagle w cichy poranek słychać warkot pędzącej motorówki. Motorówka agresywnie dopływa do mojej łódki.Zapytałem stanowczo, „..że może panowie od razu wpłyniecie do łódki?” Na to usłyszałem od jednego z nich tryb rozkazujący: „Pozwolenie!”, ja powiedziałem: „ a może jakieś dzień dobry…., czy może się przedstawicie panowie”. Strażnik pomachał służbową „blachą” i znów swoje „ Pozwolenie!” Dałem mu komplet dokumentów.

Strażnik PAŃSTWOWEJ STRAŻY RYBACKIEJ siedzący z petem rosyjskich, czy białoruskich Vicerojów w zębach stwierdził, że nie mam pozwolenia na łowienie i zaproponował mi mandat 200 zł. Zdziwiłem się, ponieważ , jak zawsze, co roku kupowałem pozwolenie na połów ryb na J. Rajgrodzkim. „Strażnik” pokazał mi żółty kartonik , na którym nie było mojego imienia i nazwiska i powiedział, że to nie jest pozwolenie. Ja mu na to, że to pozwolenie wykupiłem na stacji paliw w Tamie i na mandat się nie zgodziłem. „Funkcjonariusz” Państwowej Straży Rybackiej rzucając bez krępacji peta do jeziora kazał mi wiosłować do brzegu , zapytałem: „ dlaczego?”, „To się okaże dlaczego!”, odpowiedział. Więc wiosłuję spory kawałek za nimi do tego brzegu. Kolega tegoż „strażnika”, jakiś młody osobnik w zielonej kamizelce i dresach firmy Umbro rzuca następnego peta do jeziora, myślę sobie kto to jest ? Ale nie ważne, sytuacja staje się gorąca. Oni na silniku sobie płyną, ja na wiosłach nie nadążam, więc motorówka zawraca i każą mi trzymać się ich jednostki, aby szybciej dopłynąć do brzegu. Wpomnę tylko , że wszystkie komendy wydawane przez niego były w trybie rozkazującym, a ja byłem traktowany, jak śmieć i nie udzielano mi żadnej odpowiedzi.

Dopłynęliśmy do brzegu, tam stała służbowa Niwa z lawetą na łódkę. Kazano mi oddać wędkę i ryby, które złowiłem, ja na to, że możecie mi już wszystko zabrać, łódkę też, nagle widzę, że przejęte ode mnie żywe ryby jeden ze strażników rzuca na ziemię , jak szmaty, „rozmowa” z nimi się przedłuża, ryby miotają się na trawie i wtedy mnie szlak trafia i mówię, że ryby się męczą. „ To nic , to teraz nie ważne” usłyszałem. Zaproponowałem, by je wpuścić do wody, bo co one winne? Oni na to, że to dowód w sprawie, ale one zdychają mówię, to tak jakby was wsadzić do wody bez powietrza. Bez wahania poszedłem do łódki po nóż , by je zabić. Kątem oka zobaczyłem, jak jeden z nich niemal sięgał po kajdanki krzycząc, że nie wolno ich ruszać, to co mają tak zdychać?! zapytałem oburzony. Ryby zabiłem, by się nie męczyły na słońcu. Pytam co dalej panowie, a pety znów lądują na zielonej trawie.

Zaczyna się cała procedura, jestem traktowany, jak przestępca, w skrócie mówiąc zupełnie mnie nie słuchano. Zarzucono mnie łowienie bez pozwolenia, ja im na to, że przecież je kupiłem i nie czuję się winny. Panowie wyciągnęli jakieś druki i zaczęło się spisywanie odebranego mi sprzętu i ryb oraz wniosek do Sądu Grodzkiego. Pytam, dlaczego mi to robicie, przecież mogę potwierdzić na stacji paliw zgodność mego pozwolenia z rejestrem sprzedanych licencji, ponieważ każde pozwolenie jest spisywane imiennie, tym bardziej, że to zaledwie parę km od nas. Strażnicy stwierdzili, że nie będą tracić cennego czasu na takie wyjaśnianie powtarzając, że nie wiedzą czyje to pozwolenie. Nie chcieli w ogóle rzetelnie wyjaśnić do końca sprawy i sporządzili wniosek do sądu. Następnie kazano mi bym wrócił na przeciwległy brzeg i odstawił łódkę, a oni przyjadą po mnie, bo muszą mnie przesłuchać na policji w Rajgrodzie. Boże! Traktujecie mnie mnie , jak przestępce! Zabieracie sprzęt, nie chcecie w ogóle potwierdzenia, że dokument osobiście wykupiłem, czy macie jakiś odruch ludzkiego postępowania, to przecież nie moja wina, że nie wpisano mego nazwiska na licencji i dalej proszę, aby podjechać do Tamy, gdzie są moje dane. Niestety , są pozbawieni dobrej woli.

Wróciłem do siebie na działkę w Skrzypkach, się przebrałem, oni podjechali i na oczach dziecka i żony zabrali mnie na posterunek policji. A teraz najciekawsze! Jak wydaje się państwowe pieniądze? Otóż ze wsi Skrzypki wieziono mnie jakąś okrężną drogą do Rajgrodu. Jechano dookoła jeziora Białego, Stackiego, gdy do Rajgrodu jest zaledwie „rzut beretem”. Oczywiście jedziemy służbową Niwą, gdzie panowie strażnicy popalają ruskie pety i rzucają je gdzie popadnie, czy to las, czy łąka. Z tego co wiem jest zakaz palenia w służbowych autach. Droga się dłuży, nikt się do mnie nie odzywa i czuję w kościach, jakbym jechał na rzeż. Panowie cały czas powtarzają, że nie mają czasu na jeżdżenie i wyjaśnianie, ale sami krążą po mazurskich wsiach.

Gdy dojechaliśmy do Rajgrodu, okazało się, że na posterunku nikogo nie ma, czekaliśmy na nich koło godziny, więc znów proponuję, by podjechać 4 km do Tamy i potwierdzić w rejestrze moje dane z wykupionej licencji na łowienie, usłyszałem tylko, że nie ma o czym rozmawiać i to jest ostatnie słowo! Byłem traktowany jak w peerelu, jak kłusownik, jak bydło. Na policji folklor, tylko komendy: siadać! Tu podejść! Strażnik nabrał wigoru i straszył mnie, że sobie tu posiedzę. Pytam ciągle, dlaczego mi to robicie, przecież w pięć minut można wszystko wyjaśnić. Jestem jednak zupełnie ignorowany, jeden ze strażników -ten młody międzyczasie zdejmuje z siebie a’la mundur i zaczyna paradować w dresach,a ruskie papieroski wciąż się dymią.

Zaczyna się przesłuchanie, czuję się jak Krystyna Janda w filmie Bugajskiego „ Przesłuchanie”, każe mi się podpisywać jakieś kwitki, kilka razy daje i odbiera dokumenty, mam wrażenie, że strażnik o imieniu Waldemar (PSR Suwałki) nie wie jak dopełnić formalności. Funkcjonariusz państwowy traktuje obywatela własnego kraju- mnie jak śmiecia-tu siadać, tu dowód! tam położyć! Tu stanąć! Zabrano mi również Kartę Wędkarską, czyli odebrano mi prawo połowu w Okręgu macierzystym PZW Białystok. Pozwolono mi jednak – dzięki policjantom zadzwonić do znajomych, by przywieźli Panią z rejestrem sprzedanych licencji. Strażnik zaczął krzyczeć, że to nic mi nie da. Policjant się zgodził i koledzy przywieźli Panią, która pokazała czarno na białym moje nazwisko i nr pozwolenia, które wykupiłem. Błagania kobiety, znajomych nic nie pomogły zacięty strażnik miotał się i warczał na nas, a szczególnie na mnie. Z satysfakcją oznajmił, ze sobie pojeżdżę do Grajewa na rozprawy. Na stronie policjant szepnął mi, że coś musiało go wkurzyć i dlatego mi nie daruje. Spytałem, czy to jest argument by kierować sprawę aż do sądu, że tym się kieruje władza w tym kraju,a gdzie słynne domniemanie niewinności obywatela? Zresztą kobieta przywiozła potwierdzenie z moim nazwiskiem, że pozwolenie wykupiłem.

Wspomnę tylko, że jestem osobą niepełnosprawną (chore kolano), co zostało odnotowane, ale to nie zrobiło wrażenia na strażniku, który wywiózł mnie 20 km od działki, na której byłem z rodziną, Wróciłem tylko dzięki znajomym. Jest mi bardzo przykro, że brak zwykłego dopełnienia formalności, jakim było wpisanie nazwiska na licencji stał się wydarzeniem sięgającym rangi przestępstwa. Przecież strażnicy i policja wspólnie orzekli, że to obowiązkiem sprzedającego jest wypełnienie dokumentu,a ja na tym cierpię, bo tego nie zauważyłem. Wystarczyła odrobina dobrej woli ze strony strażników, bym sam wpisał swoje imię i nazwisko i było by po problemie. Od wielu lat łowię legalnie opłacając składki wędkarskie, przestrzegam przepisów, a ryby złowione często wypuszczam do wody. Mimo wszystko zostałem skazany na sąd, który być może wskaże moją winę. Warto wspomnieć, że sami policjanci byli zdziwieni zachowaniem zaciętością strażnika Waldemara S.

Mnie w tym wszystkim zastanawia jedno, jak funkcjonariusze Państwowej Straży Rybackiej, którzy sami powinni być autorytetem i chronić przyrodę mogą bez skrupułów rzucać pety do jeziora, lasu, czy na pole, palić w służbowym aucie w towarzystwie „SKAZANEGO”, a co najgorsze, jak można traktować żywe ryby rzucając je na ziemię, jak kłody drewna. Twierdzę z całą odpowiedzialnością, że przedstawicieli takiej władzy państwowej nie chcę w naszym kraju, która jak się okazuje NIC nie szanuje. Zależy mi na nagłośnieniu tej sprawy, bo może innych ustrzec przed podobnymi przygodami. Ja i moja rodzina mamy zmarnowany urlop przez widmo przyszłego sądu, przez służbistę Waldemara widzącego tylko paragrafy. Na koniec wspomnę, że zadzwoniłem do przełożonego tegoż strażnika, i próba zwykłej ludzkiej rozmowy nic nie dała- jego podwładny miał rację! Mam wrażenie, że służby państwowe, a zwłaszcza te kontrolujące widzą w nas tylko potencjalnych skazanych i winnych i mogą z nami robić co chcą- to nie jest zdrowy kraj w którym zwykła pomyłka staje się pretekstem do wizyt w sądzie.
Tomasz Bogdan Rynkowski”

Fot.: 123RF Stock Photos

One thought on “Skazany na … Sąd

  1. Witam!
    Bardzo Panu współczuję,takiego traktowania człowieka nie spotkałem na żadnym jeziorze.Ci pseudo straznicy nie powinni pracować w państwowej straży rybackiej w ciągu najbliższych 24 godzin od zdarzenia.Jaki kram taki Pan,przełożony strażników to taka sama swołocz.Sory taki Kraj,liczy się tylko chamstwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *